– refleksje z „kowalni” –

W Szydłowcu w ramach programu rezydencyjnego Muzeum Sztuki Nowoczesnej gościła grupa kilkunastu studentów z tzw. „Kowalni”, spotykając się z ludźmi, poszukując inspiracji do swoich działań. Poniżej przedstawiamy kilka refleksji i wrażeń studentów ze spotkań z mieszkańcami Szydłowca.

Jadąc do Szydłowca i już będąc na miejscu obawialiśmy się spojrzeń w nasze obce oczy. Zależało nam na poznaniu miejsca z perspektywy mieszkańca. Postanowiliśmy otworzyć się i sprawdzić, co się wydarzy. W rezultacie wszyscy – i my, i mieszkańcy – zrealizowaliśmy nasz film. Niespodziewanym zjawiskiem była otwartość, jednak determinowana chęcią jakiejś ucieczki i oderwania. Mimo wszystko zostaliśmy obdarowani ogromnym zaufaniem i nie chcemy tego nadużyć. Krótko po realizacji zdjęć i jeszcze przez pewien czas byliśmy pod wrażeniem tego miejsca i ludzi. Jak wielka musi tkwić w bohaterach filmu chęć zmian w rzeczywistości i siła marzeń, żeby pozwolić jakimś młodym ludziom oglądać ich prywatne życie (?).

Jacek Różański i Patrycja Synowiecka

 

Nie chodzi tylko o to, by podłubać powierzchownie w bliźnie.  Owszem, głęboko coś tkwi, ale szybki nieprzemyślany cios niczego pod nią nie odkryje, tylko najwyżej powierzchnię rozbabra. Trzeba cięcia przygotowanego, więcej, głębokiego, by sobie przypomnieć, jak to było. Jako artysta świadomość tego muszę mieć – niekoniecznie paraliżujący szacunek przed blizną, ale świadomość reakcji dotknięcia jej – wszystkich.  Niegotowy do głębokiego cięcia wolałbym się wstrzymać, poczekać. Zaś nie wszyscy.
Nie zdawałem sobie sprawy, jadąc, że wzbogacona samorefleksja będzie jednym z najważniejszych doświadczeń. Zgadzam sie z tym, co było mówione raz na spotkaniu przygotowawczym, że nie możemy wpaść w artystyczny kolonializm pod tytułem „Artyści jadą na prowincje”. Ale to dlaczego jadą?
Wpłynęli na miejsce. Jakoś. W mniejszości przypadków były to działania – sama obecność wpłynęła. Pojechali, coś się stało i zostało. To może misja nie, ale kolonializm już gdzieś tak. Potrzebna jest świadomość w takim miejscu, gdzie efekty każdego kroku, w porównaniu  z „dużym miastem”, nieomal natychmiast są widoczne.
Rozczarowanie było na początku. „Niesamowitość” miejsca, o której nam mówiono, przez pierwsze dni i w sumie całość pobytu była niewidoczna. Dopiero teraz, po powrocie i włożonym wysiłku, „zwyczajność” powoli zaczyna zanikać.
 
Adam Janisch

 

Konfrontacja z każdym Innym (w sensie człowieka o odmiennej sytuacji społecznej, odmiennego doświadczenia) jest korzystna dla obu stron, ponieważ rozszerza światopogląd i w tym widzę największą korzyść tego pleneru.

Kacper Nurzyński

 

Początek pobytu to przyglądanie się nowej nieznanej lokalności, obserwacja przestrzeni, wymiarów życia mieszkańców, próba ustalenia, na czym polega rutyna życia codziennego, co zaś jest elementem odświętnym. Działania nasze ukierunkowane były na znalezienie obszarów, które posłużą nam do realizowania własnego projektu. Koniecznością było zagłębienie się w teren, w którym przebywamy poprzez uważną obserwację, prowadzenie rozmów z mieszkańcami, czytanie ogłoszeń, lokalnych gazet, ustalanie problemów, które są dla  społeczności  lub poszczególnych osób ważne.  Uchwycenie powiązań i zależności determinujących życie miasta, ale też działania żyjących tu ludzi. Kolejne dni pobytu pozwalały na sprawniejsze poruszanie się w obszarze  miasta i pewniejsze kontakty międzyludzkie. Stawało się one bardziej znajome, łatwiej znajdowaliśmy rozmówców .
„Wchodzenie w lokalną społeczność” wymagało wielu bezpośrednich interakcji z wybranymi, ale też przypadkowo spotykanymi ludźmi. Wielu moich interlokutorów wyrażało zaskoczenie, że Szydłowiec może być interesujący dla projektów związanych ze sztuką, a jednocześnie byli oni  świadomi wartości miasta.
Swoisty „syndrom prowincji” nie był udziałem wszystkich rozmówców. Spotkałam mieszkańców Szydłowca, którzy mieli bardzo emocjonalny związek z miastem, regionem, historią miejsc – upamiętnioną (cmentarze, pomniki) lub tą anonimową, ale obecną we wspomnieniach żyjących świadków historii.
Rozmawiałam z mieszkańcami, dla których Szydłowiecki klimat, krajobraz, kościoły, obiekty kulturalne, sklepy, restauracje, targ, budynki, ludzie, ich wady, zalety i pasje powodowały, że rozmówcy czuli się tu u siebie, w miejscu, które wyznaczało ich sens życiowej aktywności. Taką grupę stanowili wybrani do mojego projektu lokalni hodowcy gołębi.
Obcując z rozmówcami, słuchając o wszystkim związanym z hodowlą, stopniowo odsłaniali przede mną obszary, które są czymś więcej niż funkcją posiadania gołębi.
Zobaczyłam, że istnieje wartość dodana do zwykłej egzystencji, że jest to coś więcej niż pasja, ale jest to obszar ich podłoża, na którym opierają swoje twórcze realizacje. Rzeźbią ptaki, piszą o nich wiersze, opowiadania, podporządkowują swój czas, dzień, fundusze temu zajęciu.
Dopiero po tym stopniowalnym procesie obcowania z tą grupą mogłam pozyskać zaufanie rozmówców .

Ewa Śmigielska

 

Pierwszą noc spałam w pustym mieszkaniu, które już następnego dnia wypełniło się mnóstwem innych studentów wraz z ich pomysłami i energią. Z tak ogromną siłą, jak naszą liczebnością weszliśmy w teren. Robiąc sztukę. Ja ulubiłam sobie wieś położoną 6 km od Szydłowca. Gdzie mieszkańcy zostali wychowani na otwartych i przyjaznych. Wszystko dzięki Tomaszowi Rakowskiemu, który pojawiał się tam ze studentami i zostawiając sytuację zastaną, dodał optymizm i brak strachu. Przechodząc trzema ulicami, które rozchodzą się od centrum Broniowa, czyli sklepu, świetlicy i kapliczki, spotykałam tylko przyjaźnie nastawionych ludzi. Niektórzy nie mieli czasu, inni nie mieli ochoty rozmawiać, ale wszyscy byli pozytywni. W stosunku do obcych, nie śmiem twierdzić, że w normalnych relacjach sąsiedzkich wygląda to tak samo. Sama czułam duży dysonans pomiędzy światłem i ciepłem w ludziach, a ilością zła i ciemną wsią, gdy zostawały tylko latarnie, które tak i tak gasną o godzinie dwunastej. Im więcej rozmawiałam z ludźmi, tym bardziej brud wychodził w opowieściach. Doświadczenie bycia tam uważam za bezcenne, natomiast czy coś dałam tym ludziom? To pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi, choć często je sobie zadaję. Jaką rolę może mieć artysta w przestrzeni społecznej? Twierdzenie, że przyjeżdżając na dwa tygodnie z wielkiego miasta, Warszawy, mamy uprawnienia by myśleć, że możemy coś zmienić, zrobić coś dobrego, pokazać, „jak trzeba”, a następnie wyjechać, było błędne i bezpodstawne. Pojechaliśmy tam, by sami skorzystać, by zagarnąć określone dobra. Dobrze, gdy te dobra nikomu nie szkodziły. Nie uszkadzały delikatnej tkanki. Wierzę, że artysta może zmieniać i ma takie same narzędzia jak wspomniany już etnograf, lekarz lub prawnik, ale wszyscy oni, łącznie z nami, potrzebują czasu. My byliśmy turystami, którzy przywieźli ładniejszy lub mniej ładny, bardziej poruszający lub obojętny materiał. Ten materiał będzie naszą pracą, pokazywaną i odtwarzaną. Myślę, że to stanowi bardzo dużą wartość. Choć czuję niedosyt, chciałabym więcej.   

Michalina Musielak